O autorze
Żyję kilkaset kilometrów od Warszawy, w której nie byłam ani razu, jeśli nie liczyć przesiadek na Dworcu Wschodnim. Opowiem o życiu na prowincji, gdzie ludzi angażują zupełnie inne sprawy, niż te płynące w głównym nurcie. Czasem te same, ale w zupełnie inny sposób. Przekonajcie się, gdzie toczy się prawdziwe życie.

Za dużo Disneya, czyli jak odmówić wartości baśniom

Z zaskoczeniem przeczytałam tekst Magdaleny Woźniak „Mdleć w oczekiwaniu na księcia i nienawidzić kobiet, czyli jakie stereotypy utrwalają baśnie?” Baśnie i bajki od tysięcy lat gromadzą w sobie doświadczenia ludzkości, a od wielu lat są stosowane w pracy terapeutycznej, zarówno z dziećmi, jak i dorosłymi. Także w Polsce, gdzie od dawna ukazują się tłumaczenia sztandarowych prac, traktujących o wielkiej wartości baśni w polepszaniu jakości ludzkiego życia.

Tekst Magdaleny Woźniak "Mdleć w oczekiwaniu na księcia..."



W jungowskiej szkole psychoanalizy mówi się o dwóch możliwościach w rozpatrywaniu baśni: obiektywnej i subiektywnej. Obiektywnie pacjent może identyfikować się z bohaterem i względnie bezpiecznie, bo z dystansu, towarzyszyć mu w jego perypetiach, uzdrawiając zarazem własne wnętrze. Subiektywnie – każda z postaci baśni symbolizuje jakąś część jednej i tej samej osobowości, a fabuła utworu przedstawia wewnętrzne konflikty, targające nią, na koniec zaś – pozytywne ich rozwiązanie.

W tym świetle zarzut Autorki, jakoby baśnie przedstawiały bezradne księżniczki, czekające na ratunek księcia, a wszystko to razem miało źle wpływać na dziecko płci żeńskiej, odbierające baśń dosłownie, jest chybiony. Baśnie operują symbolami czytelnymi dla podświadomości i bazują na archetypach. To dlatego często tylko główny bohater opowieści posiada imię i to częstokroć symboliczne i wieloznaczne, a pozostałe postacie są bezimienne, niedookreślone, choć łatwo rozpoznawalne i trafiające do wyobraźni małego słuchacza. Bo baśniowe postacie imion nie potrzebują – nie są ludźmi, są częścią osobowości każdego z nas.

Potępiony w czambuł przez Autorkę książę-wybawiciel to nikt inny, jak męski aspekt osobowości czytającej baśń dziewczynki. Mam nadzieję, że Autorka wie, iż każde z nas, niezależnie od płci, posiada w swojej osobowości zarówno żeńskie jak i męskie pierwiastki? Baśniowe sceny z przebudzaniem księżniczek, uśpionych przez złą macochę (na marginesie – macocha to zły aspekt każdej matki, dla dziecka łatwiej znieść myśl, że czasem mama zamienia się w obcą macochę, niż pojąć jasno, że droga mu osoba może być równocześnie zła i dobra) przedstawiają śmierć bezradnego dziecka i narodziny nowej, dojrzałej osobowości kobiety, która na równi korzysta ze swoich stron żeńskich i męskich, budząc się do działania, aktywności i kształtowania rzeczywistości. Że w dziewczynce budzą się męskie pierwiastki? Że inaczej nie dojrzeje, jak tylko ulegając złemu patriarchalizmowi? Proszę spojrzeć na postać Pięknej, która przełamuje bierność i swojej aktywności zawdzięcza przemianę Bestii w odpowiedniego dla siebie partnera, albo na Małgosię, która posługując się sprytem ratuje siebie i Jasia z zamkniętej komórki w obejściu staruchy.

Możliwe, że Autorka miała nieszczęście poznać baśnie tylko w ich powierzchownej, skomercjalizowanej i pozbawionej wartości wersji, gdzie mówi się o konkretnych postaciach, nadając im absurdalne imiona i pozbawiając symbolicznego znaczenia. Możliwe, że nie miała w ogóle możliwości poznać baśni. Wnioskuję to z fragmentu, gdzie mowa o tym, że baśniowe księżniczki nie mają przyjaciółek, a przykładowa Calineczka w najlepszym razie może zawierzyć tylko polnej myszy. Tej polnej myszy, która szantażując bohaterkę chce ją zmusić do ślubu z kretem, czym wywołuje rozpacz Calineczki i jej ucieczkę?

W takim, czy innym razie, współczuję Autorce. I polecam Jej uwadze następujące pozycje, dostępne w Polsce już od dawna: „Cudowne i pożyteczne – o znaczeniach i wartościach baśni” Bruno Bettelheima, „Żelazny Jan” Roberta Bly'a, "Ach jak dobrze, że to wiem. Baśnie i inne opowieści w terapii systemowo-fenomenologicznej" Jakoba Roberta Schneidera i Brigitte Gross, oraz wciąż chyba nietłumaczoną na język polski książkę „Żabi król” Hansa Jellouschka. Przede wszystkim zaś – oryginalne, niespłycone wersje baśni ze zbiorów braci Grimm, lub Charlesa Perraulta.

Oczywiście, spodziewam się, że Autorka może uznać wymienione prace za przestarzałe i konserwujące schematy krzywdzące dla kobiet. Tylko dlaczego w Polsce takie poruszenie wśród nich wywołała wydana jakieś cztery lata temu książka „Biegnąca z wilkami”, w której Clarissa Pinkola Estes znajduje w baśniach coś wręcz odwrotnego, mianowicie budujące siłę kobiet historie o ich wewnętrznym rozwoju?
Trwa ładowanie komentarzy...