O autorze
Żyję kilkaset kilometrów od Warszawy, w której nie byłam ani razu, jeśli nie liczyć przesiadek na Dworcu Wschodnim. Opowiem o życiu na prowincji, gdzie ludzi angażują zupełnie inne sprawy, niż te płynące w głównym nurcie. Czasem te same, ale w zupełnie inny sposób. Przekonajcie się, gdzie toczy się prawdziwe życie.

Dorosłe dzieci w złotych klatkach

Na polskiej prowincji rodziny wielopokoleniowe wciąż mają się dobrze, jak w „Chłopach” Reymonta. Rodzice, niczym stary Boryna, decydują o "być albo nie być" swoich dzieci, nie napotykając na opór w postaci buntu.

Upadek tradycyjnej rodziny i jej nowy nuklearny model są może faktem, ale raczej spotykanym w stolicy czy innych metropoliach. Na prowincji stery wciąż trzymają rodzice. Młodzi mogą się podporządkować, albo uciec do dużych miast. Pod warunkiem, że pragną pełnego usamodzielnienia się. Jeśli zostali wychowani w wielopokoleniowej rodzinie z dużą siłą trzymającej się razem, często nie czują potrzeby odrywania się od familijnego klanu. A może nie wiedzą, że mogliby to zrobić.



Tata z doskoku
Jola i Marcin to para dwudziestokilkulatków. Mają półtoraroczną córeczkę, są po ślubie. Dziewczyna z najwyższymi notami skończyła liceum w kilkutysięcznym, rodzinnym miasteczku. Zaczęła studia ekonomiczne i podjęła pracę w lokalnej filii znanego banku. Jest poważna i odpowiedzialna, prawdziwa duma rodziców, którzy przez większość życia klepali biedę na bezrobociu.

Co innego Marcin. Po skończeniu technikum mechanicznego zajmował się głównie spotkaniami z kolegami i wystawaniem z rękami w kieszeniach na centralnym placu miasteczka. Rodzice Marcina są, jak na miejscowe warunki, dobrze sytuowani, matka jest pielęgniarką w szpitalu, ojciec to emerytowany wojskowy. Postawa życiowa syna spędzała im sen z powiek, ale pojawienie się Joli podsunęło im rozwiązanie problemu. Młodzi być może długo chodziliby ze sobą, nie szukając stabilizacji, gdyby rodzice nie wzięli spraw w swoje ręce. Po wielu konsultacjach obie rodziny stwierdziły, że najlepiej będzie, jeśli Jola i Marcin wezmą ślub. Ona marzyła o własnym stadle, więc szybko wyraziła zgodę. On nie zamierzał – jak to ujął - tracić wolności.

- Jak chcesz, ale jeśli się nie zgodzisz, wyprowadzaj się na swoje i zarabiaj sam na siebie. Dobrze się zastanów, bo jeżeli ożenisz się z Jolą, w prezencie ślubnym damy wam BMW, o którym marzyłeś – twardo postawił sprawę ojciec Marcina.

Propozycja drogiego prezentu zrobiła swoje, chłopak uległ i dziś jest już ojcem i głową rodziny. Z tym, że nadal zarówno on, jak i Jola mieszkają każde ze swoimi rodzicami. Młoda żona codziennie wychodzi do pracy, wtedy jej matka zajmuje się dzieckiem. Marcin odwiedza swoją rodzinę codziennie, czasem za namową teściowej podejmuje się spaceru z córką.

- Sam nie wiem. Jeszcze coś jej się stanie i potem będzie na mnie – utyskuje przy tym.
Spacery z córeczką często kończą się w ten sposób, że Marcin od niechcenia pchając wózek natyka się na kumpli. Potrafi wtedy kilka godzin stać, rozmawiając z nimi, dopóki mała nie obudzi się i nie zacznie płakać. Wtedy biegnie do teściów, żeby zaopiekowali się dzieckiem.

Jola jest raczej zadowolona z małżeństwa, w czym utwierdzają ją rodzice, którzy wciąż nie tracą złudzeń, że z Marcina jest świetna partia.
- Zobaczysz, samochód już macie, teściowie kupią wam i mieszkanie. Jak zamieszkacie razem, on zmieni się, zacznie zajmować się dzieckiem – podszeptuje Joli jej mama.

Życie jak w Madrycie (za pieniądze rodziców)
Rodzice, którzy poznali smak ciężkiej pracy, bo dorobili się w czasach ustrojowej transformacji, chcą często ochronić dorosłe pociechy przed losem, jakiego sami zaznali. Skoro stać ich na wiele, wiele są w stanie swoim dzieciom zafundować. To jednocześnie oznacza, że nie popychają ich do samodzielności, nie rozbudzają w nich inicjatywy do tego, żeby same zawalczyły o swoje pragnienia.

Dwudziestoletnia Karolina skończyła liceum i w prezencie za zdaną maturę dostała własny samochód. Upominek miał swoje praktyczne uzasadnienie, dziewczyna studiuje sto kilometrów od domu, a rodzice chcieliby ją w każdy weekend widzieć w domu. Zadbali też o to, żeby córka nie musiała mieszkać w obskurnym akademiku i wynajęli jej przestronne lokum w centrum akademickiego miasta.

Ojciec Karoliny prowadzi zakład przetwórstwa owoców i warzyw. Zatrudnia kilkanaście osób i mimo kryzysu wychodzi na swoje, a nadwyżki może przeznaczać na spełnienie swoich marzeń z młodości. Zapisał się do motocyklowego klubu, kupił harleya i co niedzielę tryumfalnie objeżdża nim miasteczko. Karolina szybko złapała ojcowski bakcyl i zapragnęła być królową szos. Tata zadowolony z dobrych wyników córki na studiach kupił jej wyścigowy motocykl, bo dziewczynie mniej podobało się stateczne objeżdżanie miejskiego rynku, a bardziej rozwijanie pełnej szybkości.

Wkrótce po tym, jak Karolina dostała nowy motocykl, na ulicy zajechał jej drogę rowerzysta. Hamując gwałtownie wywróciła się, crossowa maszyna przygniotła jej nogę. Przechodnie musieli pomóc jej wstać, bo sama nie była w stanie podnieść motocykla.
- Po co jej taki motor, którego nawet udźwignąć nie daje rady – kąśliwie komentowali świadkowie kolizji.

Podobny schemat widać w rodzinie dwójki studentów: bliźniąt Daniela i Diany. Ich rodzice to para lekarzy o poszukiwanych specjalizacjach. Matka prowadzi prywatny gabinet, ojciec leczy pacjentów na oddziale wojewódzkiego szpitala. Dzieci co roku jeździły z nimi na wakacje do ciepłych krajów, z czasem, kiedy rodzice byli coraz lepiej sytuowani, do krajów bardziej egzotycznych: Australia, Hawaje, Indie. Bliźniaki niezbyt dobrze się uczyły, ale po przebrnięciu ogólniaka rodzice zabezpieczyli im obojgu edukację w dużym mieście. Daniel został przyjęty na prawo, Diana – na architekturę wnętrz w niepublicznej uczelni. Dysponują dużym penthousem i ponieważ nie bawią ich już wakacje z rodzicami, dwa razy do roku jeżdżą z przyjaciółmi na Majorkę lub Kretę. Wyjazdy finansują oczywiście rodzice.

Bliźnięta nie znają innego stylu życia, ich znajomi też pochodzą z rodzin o podobnym statusie. Daniel jako licealista przez kilka lat chodził z Marią, dziewczyną z ich miasteczka, która nie miała łatwego dzieciństwa. Jej ojciec popełnił samobójstwo, matka mieszkała za granicą, a o byt Marysi dbała tylko wiekowa babcia. Doktorostwo co prawda akceptowali Marię, ale dawali Danielowi do zrozumienia, że wypadu pod palmy raczej jej nie zafundują.

- Marysia jest miła, ale sam rozumiesz, że to nie ma żadnej przyszłości – powiedziała matka. Związek syna rozpadł się, teraz Daniel chodzi z córką pary wziętych stołecznych chirurgów. Rodzice chłopaka są zachwyceni, bo to znakomita partia dla ich syna. Diana nie nastręczała im podobnych problemów: od czasów ogólniaka jest w związku z synem miejscowego radcy prawnego. W planach jest wesele w ośrodku SPA.

Mama zamiast budzika
Nie zawsze rodzice przyjmują rolę twardych graczy rozdających karty. Czasami kontrolę sprawują metodą "na miękko". Marek i jego żona Małgorzata to modelowe młode małżeństwo po trzydziestce. Oboje pracują w mundurówce, mają dwie córki. Dorobili się własnego domu, dwóch aut i działki z domkiem kempingowym nad malowniczym zalewem. Nie było im łatwo, poza dniami służby Marek dodatkowo murował, tynkował i układał kafelki w łazienkach znajomych. Gosia zajmowała się dziećmi, wspomagana przez teściową. Wtedy wszyscy tłoczyli się jeszcze w blokowym mieszkaniu należącym do mamy Marka. Para postanowiła więc wystawić własny dom, obszerny bliźniak na skraju miasteczka.

O tym, żeby mama została w pojedynkę w mieszkaniu, nie mogło być mowy. Ojciec Marka zmarł, kiedy syn był małym chłopcem.
- Teraz ty musisz się mną opiekować - mama powiedziała Markowi po pogrzebie. Układ ten pozostał niezmieniony przez lata.
Marek i Gosia mają poważny kłopot. Bliźniak, w którym kilka lat mieszkali całą rodziną, jest na sprzedaż. Podobnie jak działka nad zalewem i jeden z samochodów. Wszystko dlatego, że małżeństwo musi zbudować nowy dom i potrzebuje pieniędzy.
- Wzięliśmy pod uwagę wszystko, tylko nie jedno - mówi Marek. - Mama wstaje rano i przychodzi odsłonić okna w naszej sypialni. Śpiewa: pora już wstać i do pracy gnać.

Zasiada w kuchni, kiedy któreś z nas szykuje obiad i jak w teleturnieju zgaduje, jaki będzie następny ruch. Komentuje, że garnek za mały, albo że ziemniaków za dużo.

Marek przyznaje, że mama podobnie zachowywała się w mieszkaniu, ale wtedy była u siebie. W przestronnym domu zajmuje się głównie oglądaniem życia dzieci i wnuków jak telewizyjnego serialu, oraz komentowaniem go na bieżąco. Stąd pomysł na budowę innego domu. Marek ani Gosia nie rozmawiali na ten temat z mamą, ale nie zamierzają powtórzyć swojego błędu. W nowo wznoszonym "słupku" część przeznaczona dla matki będzie miała oddzielne wejście, między mieszkaniami nie będzie żadnych drzwi.

Problem w tym, że jest kryzys i na bliźniak oraz działkę nie ma kupców.
- Mamy finansowy dół. Ale coś musimy zrobić - Marek rozkłada bezradnie ręce. Z matką nie porozmawia, bo ona ma tylko jego i synową z wnukami. Zwrócenie uwagi mogłoby ją załamać. Przynajmniej on bardzo w to wierzy.
Trwa ładowanie komentarzy...